Etykiety

niedziela, 9 sierpnia 2026

DONKI ŚWIAT WSPOMNIEŃ.

 


Trochę będą skaczące te moje wspomnienia..... dzisiejsze są jakby kontynuacją wspomnień o Powstaniu Warszawskim z mojego blogu z dnia  6 sierpnia b.r. .

jest to zachowana przeze mnie w dysku zewnętrznym kopia listu z 31. 10. 2010r. do Pana Jacka  -  mieszkającego kiedyś w W-wie, w jednym z domow Wawelberga, obecnie w Australii. Jego siostra  jest nadal mieszkanką odbudowanego po wojnie domu Wawelberga.  

Kręci prywatnie film o Warszawie dawnej i obecnej.... przeczytał gdzieś moje opisy powstania na Woli / chyba w Klubie Seniora / i zwrócił się do mnie byn szerzej opowiedziała o swoich losah....  chciałby umieścic je w tym filmie. 

Nie skracając, ani zmieniając podaję treść tego, skopiowanego listu do P. Jacka. 


 Drogi Panie Jacku!

Bardzo mnie Pana list ucieszył i zainteresował.  Oboje – mieszkańcy Woli, mimo że urodzeni w innych epokach historycznych mamy jednakowe korzenie – domy Wawelberga. 

Losy jednak zupełnie inne i domy już też nie te Panie Jacku.



Fragment podwórka..... ale piaskownicy, w której się bawiłam  już nie ma.








Identyczne jak kiedyś wejście od ulicy.....  po prawej stronie byla tzw. wówczas mydlarnia, do której babcia mnie  nieraz posyłala ... 

Odzieży zachodniej nie było w czasie okupacji.... Żydzi chodzili po podwórkach i sprzedawali starzyanę.

W latach sześćdziesiątych odważyłam się pierwszy raz (i chyba ostatni ) skonfrontować swoje wspomnienia domów Wawelberga z lat czterdziestych z ówczesnymi.  Niestety nie było tam ani małej kilkuletniej dziewczynki, ani tej już bardziej dorosłej, dziewięcioletniej. Moje miejsce zabaw - podwórko nie budziło we mnie żadnych wspomnień. To nie było moje podwórko......… chyba nie powinno się wracać w miejsce dzieciństwa z nadzieją, że ono na chwilę odżyje. Nic nie może być takie same po dwudziestu latach.  

Nie wchodziłam już do klatek schodowych. Chcę Panu powiedzieć, że mnie wtedy jako dziecku nie przeszkadzały punkty sanitarne na korytarzu, bo to było jakby od zawsze. 

Pamiętam natomiast mieszkanie dwupokojowe, z starymi, porządnymi, ciężkimi meblami i stojącym dużym zegarem, babcię wdowę, brata o rok starszego i mamusię, też od 1939 roku wojenną wdowę, walczącą dzielnie o przetrwanie i utrzymanie naszej gromadki. 

Nie pamiętam byśmy cierpieli biedę, żyliśmy jak wszyscy i mimo okupacji nie miałam nieszczęśliwego dzieciństwa….nie odczuwałam braku lalek, zabawek…. ..... ....... koleżanki na podwórku też ich nie miały. 

Ale za to w trzeciej klatce na parterze była świetnie jak na tamte czasy zaopatrzona biblioteka dla dzieci i młodzieży…. i od piątego, szóstego roku życia byliśmy z bratem stałymi jej czytelnikami.. 

Mama i babcia wieczorami po ułożeniu nas do łóżek - siadywały latem z sąsiadkami pod oknami na ławce…. do tej pory słyszę dochodzące przez otwarte okno odgłosy ich rozmów. Okupacja powodowała, że mieszkańcy naszej klatki schodowej byli zżytą społecznością…. nikt nie obawiał się policjanta mieszkającego na parterze, podkarmiano wspólnie z nim żydóweczkę Lodzię wędrującą od mieszkania do mieszkania. Miał córkę zbliżoną wiekiem do Lodzi.

Między pierwszym, a drugim piętrem, albo drugim a trzecim na korytarzu znajdowała się skrzynka z licznikami prądu, która służyła jako schowek podziemnych gazetek. Ktoś te gazetki dostarczał, a czytali je wszyscy, pewnie i policjant również. 

Jednego nie zapomnę – strachu, który nam wtedy ciągle towarzyszył. Na ulicach bardzo bałam się mundurów niemieckich, rozumiałam już co znaczą łapanki uliczne i domowe. 

W naszym mieszkaniu - dwukrotnie pamiętam przechowywaliśmy w nocy, w jednym z pokoi z drzwiami zastawionym szafą kilkanaścioro młodych chłopców i dziewcząt zebranych z całego domu bo spodziewano się nocnych aresztowań. Szczęśliwie do tego nie doszło. Pamiętam natomiast śmiechy dobiegajace w nocy z tego pokoju i uciszającą ich zdenerwowaną babcię

Nie zapomnę nalotów nocnych. Syreny - alarm, ubieranie się w biegu, szybkie zbieganie do piwnicy, koniec alarmu – wrócą, nie wrócą. I ta moja biedna mama z dwójką dzieci i babcią staruszką, pilnująca by wszystko przebiegało jak najsprawniej. 

Potem powstanie - osobny rozdział. Piąty sierpień. Rzeź, która na zawsze pozostanie w pamięci. Długo by o tym opowiadać. Ale przeżyliśmy. Po powstaniu kolejno dwa miesiące w Strzykułach, majątku ziemskim pod Warszawą, gdzie właściciel udostępnił uciekinierom prycze ze słomą w folwarcznym pomieszczeniu dla służby, potem Ożarów, Łowicz i wieś Górki pod Łowiczem. Tam w małej chałupinie, przylegającej do muru cmentarza / nocami pod tym murem odbywały się egzekucje / doczekaliśmy wkroczenia wojsk radzieckich. 

Po dalszej tułaczce, zakończonej na dobre w Gdyni - mama nie myślała już o powrocie do Warszawy. Nie było do czego. Moja dalsza, dość liczna rodzina popowracała jednak, wszyscy powoli jakoś się urządzili, oprócz jednego z wujków, który stracił w powstaniu syna jedynaka i wielki majątek. Rzucił się pod pociąg gdy upewnił się ostatecznie, że jego ukochany syn nie żyje i dowiedział się od jego kolegów, gdzie poległ i kiedy. 

A potem – jak wszystkim, nie było lekko, mama bardzo dużo pracowała po godzinach /co teraz się uważa za normalne / i dała jakoś z trudem radę nas wykształcić. Ja skończyłam chemię na politechnice, brat ichtiologię w WSR w Olsztynie. Mieszkałam w Gdyni 22 lata.  Ale losy rzuciły mnie na drugi kraniec Polski do Zakopanego, gdzie mieszkamy z mężem przeszło 40 lat w domu zbudowanym w latach trzydziestych XX wieku – przez teścia, przedwojennego majora. Jeszcze coś – mąż urodził się trzy lata przede mną również w domu Wawelberga.

Kilka słów o moich przodkach – dziadek od strony mamy był piłsudczykiem, fabrykantem, no może trochę za szumnie – prowadził małą fabryczkę garbarską, zadłużył się u Żydów i zbankrutował. Przy jego fantazji musiał zbankrutować. Miewał kosztowne pomysły, np. przejażdżki na białym koniu ulicami Warszawy, zakłady na wyścigach konnych. Ale posiadając przyznaną mu przez Piłsudskiego emeryturę - do końca życia powodziło mu się nieźle.

Tata też był człowiekiem nietuzinkowym. Pochodził z kieleckiej wsi. W wieku 15 lat uciekł z domu i podając się za starszego niż był zaciągnął się do legionów. Legioniści pomogli mu zdobyć wykształcenie, po wojnie był pracownikiem sejmu - rozstrzelany przez Niemców jako zakładnik w pierwszych miesiącach wojny 1939r. Mama – warszawianka po przedwojennej Szkole Handlowej, bardzo surowo wychowywana przez dziadka. Dlatego własnym dzieciom zostawiała dużo swobody.      

Tata męża miał bardzo ciężkie i ciekawe życie, uczestniczył w trzech wojnach: rosyjsko japońskiej w 1905r., światowej w 1914 - 1918r i II światowej w 1939r.. Kiedyś jego historię opisałam w dokumentalnym fotoreportażu , jeśli byłby Pan nim zainteresowany mogę go przy okazji przesłać - zdjęcia z komentarzami na które Pan natrafił w internecie nie pochodzą z blogu, tylko z wielo tematycznego forum o nazwie Cafe Klub Seniora. Moje wpisy o domach Wawelberga pochodzą z 2008r..... przy okazji Pana listu przypomniałam sobie o nich. Co do blogów jako takich - owszem prowadzę dwa blogi poetyckie, z poezją znanych i nieznanych poetów. Jestem wielką miłośniczką poezji. 

Zaciekawił mnie Pana film, chętnie bym go obejrzała….jak rozumiem oparty jest na faktach autentycznych. Niestety nie znam języka angielskiego, więc obejrzenie go z płyty nic by mi nie dało.  Czy już ukończony?  Dlaczego zamieszkał Pan w Australii?  Czy osiadł Pan tam na stałe?  Córka jednak jak Pan pisze wybrała Polskę i czwarte pokolenie rośnie na Górczewskiej 15.–.Gratuluję.  Mój syn, trochę młodszy od Pana, też od dwóch lat jest dziadkiem.  Czyli nas o zgrozo uczynił pradziadkami.

Przepraszam, że odpisuję z opóźnieniem, ale by zmieścić to co powyżej - pisałam ten list z doskoku przez kilka dni. Wyobrażam sobie jak Pan się znudził. Ale tak to ze mną jest, jak już zacznę pisać, to trudno mi skończyć. 


Pozdrawiam serdecznie. A. Z. 

PS. Co do Facebooka też nie jestem przekonana, ale zrobił się tak popularny, że po prostu nie wypada w nim nie być. 



piątek, 7 sierpnia 2026

Julian Tuwim - Fragment poematu "Kwiaty polskie":


     (...) My country is my home. Ojczyzna


Jest moim domem. Mnie w udziele
Dom polski przypadł. To - ojczyzna.
A inne kraje to hotele.


Mój dom. Mieszkanie. Pokój. Biurko.
A w nim (pamiętasz?) ta szuflada,
Do której się przez lata składa
Nie używane już portfele,
Wygasłe kwity, wizytówki,
Resztki żarówki, ćwierć-ołówki...
Leży tam spinka, fajka, śrubka,
Syndetikonu pusta tubka,
Jakaś pincetka czy pipetka,
Stara podarta portmonetka.
Kostka do gry, koreczek szklany.
Bilet na dworcu nie oddany,
Szary zamszowy futeralik,
Zeschły pędzelek, lak, medalik,
Przycisk z jaszczurką bez ogona,
Legitymacja przedawniona,
Brązowe pióro wypalane
Z białym napisem "Zakopane".
Korbka od czegoś, klucz do czegoś,
Lecz już oboje "do niczegoś"
Słowem, wiesz, jaka to szuflada...


A gdy jej wnętrze dobrze zbadasz,
Znajdziesz tam małe zasuszone
Serce twe, w gratach zagubione...
Więc nie wyrzucaj nic, nie sprzątaj...
Przyda, nie przyda się -- niech leży.


Oszczędzaj graty przy "porządkach"
W takich szufladach i zakątkach,
Boś z każdym cząstkę życia przeżył
I trwasz, nie wiedząc, z tą starzyzną...
Jak z tą szufladą, tak z ojczyzną:


Nic nie wyrzucisz. Coś ci wzbrania
Przetrząsnąć lamus przywiązania
I "niepotrzebne", "nieużyte"
Usunąć. Niech zostanie z tobą.


Zabobon, mówisz? Tak, zabobon...
Ludzie uczeni zwą to - mitem.
I z tej codziennej mitologii
Nagłych, z zaułka, zjawień, olśnień,
To z barwy, z linii, to z melodii
Chwila ojczyzną ci wyrośnie.


Julian Tuwim.

Emily Dickinson - Nie, nie znam samotności








Nie, nie znam samotności -
Odwiedzają mnie goście -
Nieprzeliczone zastępy -
Drwią sobie z drzwi zamkniętych -

Nie mają szat ani imion -
Almanachów - ni krajów -
Lecz nieokreślone domy
Jak gnomy -

Kurierzy w moim wnętrzu
Dają znać, że są w drodze -
Odejścia nie ogłaszają -
Bo nigdy nie odchodzą -

Emily Dickinson 
Tł. Ludmiła Marjańska

czwartek, 6 sierpnia 2026

POWSTANIE WARSZAWSKIE 1944r. RZEŹ WOLI.

 


Czy gdybym mogla jednym zdaniem, jednym slowem przekreślić, wyrzucić z pamieci albo ,pamietać ale zpomnieć ten dzień  5 sierpnia - sprzed 82 lat , chciałabym tego? Chyba nie. Tego dnia nie powinnam zapomnieć.....

BY  NIE  ZAPOMNIEĆ !

W 82 rocznicę  POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. przypomnę więc po raz drugi i trzeci i czwarty moje wspomnienia z PIĄTEGO DNIA  POWSTANIA, gdy  zamordowanych zostało kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Woli:  


OKRUCHY WSPOMNIEŃ SPRZED 82 LAT – Z DNIA 5 SIERPNIA 1944r -. NAJBARDZIEJ KRWAWEGO DNIA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO  zwanego "RZEZIĄ WOLI."

Właściwie są to pocięte okrawki wspomnień 9 letniej dziewczynki, które jeszcze ocalały w mojej pamięci…. 

Mieszkałam z Mamą, Babcią i o 2 lata starszym bratem na Woli, na ul. Górczewskiej 15 w jednym z domów Wawelberga. Tatę Niemcy rozstrzelali na początku wojny.

Dzień przed godziną W..... czyli godziną rozpoczęcia powstania przenieśliśmy się wszyscy na noc do nieużywanego pokoju, którego okna wychodziły na ulicę. Wyczuwaliśmy z bratem w zachowaniu mamy i babci jakiś niepokój . Nie rozumiał dlaczego musi wypuścić swoje ulubione 2 szczygły fruwające dotąd swobodnie po mieszkaniu..

1 sierpnia obudził nas ruch – przenoszenie się do piwnicy. Wszystko odbywało się jednak w dziwnej, niezrozumiałej dla nas dzieci atmosferze. Czuliśmy, że coś się dzieje.

Po południu przed 17.00 już wiedzieliśmy, ale nie rozumieliśmy jeszcze powagi słowa - Powstanie. Nie docierała do nas groza tego co będzie, tym bardziej, że mama z babcią na zmianę płakały i cieszyły się.

Pamiętam pierwsze, cztery dni i noce sierpnia spędzone w piwnicy  .….. nasze życie skoncentrowało się i ścieśniło do jednego, ledwo oświetlonego lampą naftową.… dusznego pomieszczenia, reszty mieszkańców podobnie.

Mimo dobiegających to z bliska, to z daleka odgłosów strzałów brat wyrywał się co jakiś czas na podwórko, potem na ulicę….. oświadczył Mamie, że on również pójdzie walczyć. Poruszyła jednak ambicję 11 latka. - a kto się będzie nami opiekował, jesteś przecież jedynym mężczyzną w rodzinie, 

Wieczorami cichła strzelanina i mieszkańcy zbierali się na podwórku pod świeżo powstałą kapliczką na zbiorowe modły i śpiewy. 

5 sierpień…. Nad ranem opuścili piwnicę towarzyszący do tej pory swoim rodzinom,  mężowie i synowie uprzedzeni przez powstańców, że niedługo wejdą Niemcy, oni przenoszą się na dalsze stanowiska, jeśli nie chcą zginąć mogą do nich dołączyć…. Ci co się zdecydowali przeżyli. .  

To był bardzo upalny dzień, w piwnicy było duszno i gorąco. Do tego wszyscy przewidująco ubrani - w zimową odzież. Brat zdążył jeszcze pobiec na chwilę do mieszkania by postawić na blacie kuchennym akwarium z rybkami w nadziei, że w razie pożaru nie ugotują się.. niestety biedne rybki nie uniknęły tego.. 

Wszyscy już wiedzieli, lada chwila wtargną Niemcy….Podobno na przywitanie wrzucają granaty.

W pomieszczeniach piwnicznych zapanowała cisza… cisza wyczekiwania.

Tyle lat minęło, a ja tą ciszę jeszcze słyszę.

Nadeszli….

Wrzaski i krzyki po niemiecku… ustawili się przy wyjściu w podwójnym szeregu z wycelowanymi karabinami.

Mieszkańcy musieli po kolei wychodzić, my również, kurczowo trzymający się mamy.

Wyciągają naszego ratlerka, ukochaną Mikusię i rozwalają o ścianę.

Szukają mężczyzn… z brata mama zrobiła dziewczynkę w chusteczce na głowie…. Siwe włosy babci schowała pod czapką…..

Starych ludzi rozstrzeliwują na podwórku - już pry wyjściu.  Widzę leżącego mężczyznę i dwóch płaczących nad nim chłopców…..

Ustawili nas w szeregu. Wychodzimy na ulicę….. rynsztokami płynie krew, z obu stron zwały trupów.

Co chwila słyszę mamę – zasłoń oczy, nie patrz tam, odwróć się.

Ale ten widok, na zawsze pozostał  mi w oczach i pamięci.

Z szeregu robi się pochód. Żołnierze /głównie ukraińscy/ zatrzymują nas…. Jest rozkaz by wszystkie pakunki rzucić na ulicę, kosztowności oddać.

Chodzą i zbierają, jeśli ktoś się ociąga, lub trudno mu ściągnąć pierścionek, czy obrączkę – obcinają palce.

Mama oddała wszystko co miała, w zdenerwowaniu część jej wypadła z rąk.

Później z satysfakcją opowiadała, że dzięki temu jej biżuteria nie dostała się w ręce bandytów. Jakoś jednak ukryła zawiniątko z jedzeniem /puszkę sardynek, kawałek słoniny /

Cały czas drży o babcię, bo nadal wyciągają z szeregu starsze osoby..

Pochód wędruje dalej w kierunku Moczydła…..

Zatrzymujemy się przed jakimś wiaduktem….

Zaczynają nas ustawiać w małe grupy… gotowe do egzekucji./ widać ustawione karabiny /

trzymamy się kurczowo mamy, słychać krzyki, szarpania i strzały.

Stoimy w tym południowym, sierpniowym upale dość długo. Okazało się później, że pod wiaduktem Ukraińcy od rana masowo rozstrzeliwali i ciała  spędzanych z okolic Woli mieszkańców. prawie natychmiast  spalali. Było ich tysiące. Nas uratował, jak przeczytałam później -  wydany przez Himmlera rozkaz by czasowo wstrzymać egzekucje ludności cywilnej

W ostatniej chwili wiadomość przywiózł na motocyklu jakiś niemiecki oficer…. Pamiętam tego nadjeżdżającego z daleka motocyklistę.

Pochód popędzono dalej. Było już chyba późne popołudnie, gdy upychając nas na siłę wtłoczyli do jakiejś hali. Jak się później dowiedziałam była to Hala Warsztatów Kolejowych na ul. Moczydlo.

Nie było mowy by usiąść, lub nawet przykucnąć. Mimo tego stłoczenia cały czas napływały nowe partie ludzi. W hali panowała cisza… cisza oczekiwania, ludzie mówili do siebie szeptem.

Niemcy zaczęli zwoływać mężczyzn by zgłaszali się na ochotnika do prac przy rozbieraniu barykad, na zewnątrz hali. Potrzebnych jest pięciu.. Wyszło pięciu pierwszych. Po chwili usłyszeliśmy odgłosy strzałów karabinowych.

Wywoływali kolejne grupy po 10, 15, 25. Serie strzałów stawały się coraz dłuższe, prawie ciągłe.

Żony żegnały się z mężami, matki z synami, słychać było płacz i łkania kobiet. 

Nad ranem w hali zrobiło się luźniej. Można było usiąść na ziemi.

Koło naszej gromadki leżał na noszach młody mężczyzna. 

Mama położyła mu koło głowy zawiniątko z jedzeniem ze słowami: nam już nie będzie potrzebne, zaraz przyjdzie kolej na kobiety i dzieci, a pana, rannego przecież nie zabiją. 

Okazuje się, że nie miała racji…. Wynieśli i zastrzelili go na noszach.

Byliśmy z bratem przygotowani na śmierć. Żegnaliśmy się z sobą i z babcią. Staraliśmy się być dzielni, nie pamiętam bym odczuwała jakiś wielki strach…. 

Raczej nieuchronność, która za chwilę się stanie. najbardziej jednak oboje z bratem  obawialiśmy się by mama nie była tą pierwszą, płacząc prosiliśmy ja o to. 

Rano zrobiło się zupełnie luźno… Egzekucje ustały, mężczyzn już nie było.. Kobiety i dzieci zostały przy życiu.

Dużo by jeszcze było do opowiadania…. 

O księdzu z mojej szkoły, którego zakonnice przebrały, ukrył się między nimi i ocalał.

O sąsiedzie z drugiego piętra, który wyszedł z dwuletnią córeczką na ręku z nadzieją, że dziecko go ocali. Ocaliło…. Bo kula zabiła córeczkę, a jemu przeszła przez policzki i w nocy wydostał się spod zwału trupów..

O braciach, którzy w nocy pod stosami zabitych rozpoznali swoje głosy… i czołgali się do siebie. Niestety Niemcy usłyszeli ich i dobili. Do rana trwało dobijanie  dających oznaki życia.

O studencie medycyny pracowniku Szpitala Wolskiego, który uciekł z miejsca egzekucji spod kul. Była to jedyna, udana brawurowa ucieczka w tym miejscu.

Nie znałam go, a jednak pośrednio los mnie z nim zetknął. Za 30 lat jego żona doktor medycyny tak jak i on, pomogła mi dostać się do jednego z najlepszych chirurgów w latach 70-.ch

O tym, że wśród tych bandytów i morderców, niemieckich i  ukraińskich eskortujących uformowaną rano z osób  pozostałych przy życiu,  głównie kobiet z dziećmi długą kolumnę, podążającą w nieznanym nam wtedy kierunku - znalazł się żołnierz austriacki, który szedł i płakał. Płakał nad naszym losem, widziałam łzy tego człowieka.

Przymykał oczy na pojedyncze ucieczki z kolumny. 

Niestety inni żołnierze zaczęli za nimi strzelać. Ucieczki ustały. 

O tym jak uratowaliśmy się przed Pruszkowem i wywozem do obozu, 

O ukrywaniu się przed bandami ukraińskimi grasującymi w okolicach Warszawy, głównie w poszukiwaniu młodych kobiet, do jakich zaliczała się wtedy i moja mama. 

O gwałtach i okrucieństwach jakich się na nich dopuszczali. 

I o tułaczce. Byłaby to jednak następna, długa opowieść. Opowieść o warszawskich, powstańczych uchodźcach, szukających swojego, nowego miejsca do życia. 


Dane z Wikipedii - w czasie rzezi Woli zostało zamordowanych
ponad 65 tys. Polaków,
z czego 59 400 miało zginąć w dniach 5-7 sierpnia..
W rejonie Górczewskiej i Moczydła w miejscu kaźni pod halą
warsztatów kolejowych – ok 4.500.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Tadeusz Różewicz - Pomniki

 



Nasze pomniki
Mają kształt dołu

Są dwuznaczne


Nasze pomniki
Mają kształt
Łzy

Nasze pomniki
Budował pod ziemią
Kret

Nasze pomniki
Mają kształt dymu
Idą prosto do nieba

Tadeusz Różewicz - 

niedziela, 2 sierpnia 2026



Ciekawe losy naszych przodków – o Tacie mojego męża .

Przychodzi w życiu czas wspomnień, przeglądania albumów, tych bardzo starych i nowszych. 

Z tych starych - ze strony mojej rodziny niewiele ocalało, prawie wszystko spłonęło w powstaniu warszawskim.
Pożoga II wojny światowej ominęła natomiast dom rodzinny mojego męża Kazimierza Zaleskiego, zostało
trochę pamiątek i starych zdjęć, które wykorzystałam by opowiedzieć w pierwszej kolejności o jego ojcu – Franciszku Zaleskim, który najbardziej na to zasługuje.
Gdy weszłam do rodziny męża, jego tata był uroczym, już mocno starszym panem... Jedyny syn, a mój mąż pojawił się na świecie dopiero, gdy teść zbliżał się do pięćdziesiątego roku życia.
Miał ciężkie, ale i ciekawe życie, bogate w przeżycia wojenne - uczestniczył w czterech wojnach, w tym dwóch światowych.

Urodził się w 1882r.w polskiej rodzinie, w Sobotnikach na terenie Kresów Wschodnich, które należały wtedy do zaboru rosyjskiego…

Dalszy ciąg w PDF:





czwartek, 30 lipca 2026

Józef Baran * * *

 










można być w kropli wody

światów odkrywcą


można

wędrując dookoła świata

przeoczyć wszystko


Józef Baran



wtorek, 28 lipca 2026

Emily Dickinson - MIŁOŚĆ JEST WCZEŚNIEJ NIŻ ŻYCIE


 

Marc Chagall





Miłość - jest wcześniej niż Życie-

Trwa dłużej niż Śmierć - jest Stworzenia

Pierwszym Aktem- głównym Aktorem

Na scenie, jaką jest Ziemia -


Przełożył Stanisław Barańczak. 


poniedziałek, 27 lipca 2026

Wójcik Leszek - z tomiku „Cokolwiek dalej” 1999.

                                                                                     

Genealogia

Oglądam swoje drzewo
genealogiczne

na drzewie siedzi małpa
drapie część ciała
z której ewolucja ukradła jej ogon

przedrzeźnia mnie
ale się do mnie nie przyznaje

jestem zbyt nieludzki
by być jej potomkiem  

Wójcik Leszek -  

                                                                                     

piątek, 24 lipca 2026

Jan Twardowski - MIŁOŚĆ.





Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia

jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby

niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach

jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie

jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem

jest miłość co była ciałem a stała się duchem
i ta co nie odejdzie — bo znów niemożliwa

Jan Twardowski,

czwartek, 23 lipca 2026

Wójcik Leszek - NIEUCHRONNOŚĆ........

 

HANS MEMLING - fragment tryptyku "Sąd  Ostateczny"


























 NIEUCHRONNOŚĆ........ 


               "co nie do pomyślenia
                jest do pomyślenia"
                      W. Szymborska "Jarmark cudów"


Wszystko co jest do pomyślenia
staje się prędzej czy później


jakby maszynę świata
napędzała nasza wyobraźnia


Badanie głębin mórz i kosmosu
nieziemskie cuda techniki
wymyślono zanim mogły stać się naprawdę


Piekielne ognie krematoriów
czyśćcowe katusze łagrów
czekały na obrazach Memlinga i Boscha
by ktoś uwolnił je do życia


Wszystko co się zdarza
dzieje się nie bez naszej winy
jakby świat cały dla nas
przez nas stwarzał się nieuchronnie

(z tomiku "Cokolwiek dalej" 1999)

Wójcik Leszek.

środa, 22 lipca 2026

Krzysztof Kamil Baczyński - Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie..

 
Vincent van Gogh

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść.
 
Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?
 
Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.
 
Dni ulatują w trwogę o ciebie,
noc obca gwiazdami zarasta i bladą miejską trawą.
Wiatr wspomnienia — chmurom oderwana gałąź.
A przecież
te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą.

Krzysztof Kamil Baczyński.